Kwestia wiary (6)

     Tuż przed świtem Waldek przechadzał się ścieżką nad jeziorem, by jak co dzień podziwiać wschód słońca. Powietrze było rześkie i przejrzyste, niczym dobrze schłodzona okowitka pana Hieronima. Gdy mijał zagajnik rachitycznych brzózek, do jego uszu dobiegły stłumione odgłosy samochodowych silników. Nie było to nic nadzwyczajnego. Tuż za zagajnikiem przebiegała bowiem droga powiatowa. Po chwili jednak do Waldka zaczęły docierać jakieś nawoływania i coraz wyraźniejsze szczekanie psów. Postanowił to sprawdzić. Droga położona była kilkanaście metrów nad poziomem jeziora. Waldek, wspinając się w jej kierunku, poprzez rzadki, brzozowy zagajnik, coraz wyraźniej słyszał głosy i szczekanie psów. Gdy wyszedł wreszcie na szosę, ujrzał w pulsującej, niebieskiej poświacie, źródło hałasów, które zaniepokoiły go na dole. Nieopodal miejsca, w którym wydostał się na otwarty teren, było zaparkowanych kilka radiowozów z włączonymi kogutami. Jeden z pojazdów był większy od innych i kilku policjantów w mundurach wyprowadzało z niego psy. Cztery czy pięć owczarków niemieckich. Psy poszczekiwały, a policjanci usiłowali je uspokoić. Waldek spojrzał w przeciwnym kierunku. Szosą zbliżał się jakiś pojazd. Jechał z dużą prędkością. Kierowca, prawdopodobnie zauważywszy Waldka, zaczął gwałtownie hamować. Pisk opon wypełnił przestrzeń i sporych rozmiarów sedan zatrzymał się w końcu, kilkanaście metrów za Waldkiem. W powietrzu dało się wyczuć zapach spalonych opon, z wyraźną nutką samochodowych spalin. Z sedana, gdy tylko się zatrzymał, wysypało się trzech mężczyzn, którzy zaczęli momentalnie biec w jego kierunku. Waldek już miał zamiar uciec z powrotem w stronę jeziora, gdy głos jednego z nich stanowczo odwiódł go od tego zamiaru.

     – Stój! Nie ruszaj się, podnieś ręce do góry.

     Co prawda Waldek nie miał już zamiaru gdziekolwiek iść, ale z tymi rękami to trochę przesadzili. W końcu jednak, gdy ujrzał trzymany przez jednego z mężczyzn pistolet wycelowany wprost w niego, postanowił podnieść grzecznie ręce. Jeden z gości zaszedł go od tyłu i sięgnął ręką za pazuchę jego kufajki, najpierw z jednej, potem z drugiej strony. W końcu obmacał kieszenie spodni i wyjął z lewej butelkę do połowy wypełnioną okowitką Hieronimusa. Waldek w tym czasie stał z podniesionymi wysoko rękami i wpatrywał się w lufę rewolweru wycelowanego w jego głowę.

     – Może pan opuścić ręce – powiedział ten z pistoletem.

     – Ma pan jakieś dokumenty?

     – Nie – odpowiedział Waldek. – A właściwie, to mam. Nowiutki dowód, ale w domu, bo boję się go zgubić.

     – Jak się nazywasz i co tu robisz – odezwał się ten drugi, trzymając nadal w ręce waldkową buteleczkę.

     – Nazywam się Waldemar Paciaja i… i… i spaceruję… Aaaa… co? Nie wolno?

     Z zarośli po drugiej stronie szosy wyszedł trzeci mężczyzna.

     – Czysto! Ani żywej duszy. Co to za jeden? – zwrócił się do kolegów.

     – Spokojnie, to tylko miejscowy pijaczek – odpowiedział ten stojący za Waldkiem, podnosząc do góry rękę z butelką.

     – Panowie, co tu się dzieje? – odezwał się wreszcie Waldek.

     – Pozwoli pan, że to ja zadam panu kilka pytań – zwrócił się do Waldka ten z pistoletem.

     Schował broń do kabury pod pachą i pokazał Waldkowi odznakę dyndającą mu na szyi pod kurtką.

     – Komisarz Smutkowski. Komenda powiatowa w Kiczewie – przedstawił się. – Prowadzimy czynności dochodzeniowe w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa w tej okolicy. A teraz muszę pana jeszcze raz zapytać. Co pan tak naprawdę tu robi o tak wczesnej porze?

     – Naprawdę spaceruję. To znaczy, spacerowałem, tam na dole – wskazał ręką w stronę jeziora. – Jak co dzień. W pewnym momencie usłyszałem samochody i szczekanie psów, więc postanowiłem sprawdzić, co się dzieje.

     – Gdzie pan mieszka?

     – W Świnioryjach, jakieś pięć kilometrów na zachód stąd.

     – Wiem gdzie to. Więc mówi pan, że spaceruje pan tu codziennie.

     – Nie tu, tylko nad jeziorem – ponownie wskazał ręką w stronę jeziora.

     – No dobrze. A jak tak pan spaceruje sobie rankiem, to rozgląda się pewnie po okolicy?

     – No pewnie, że się rozglądam. Podziwiam wschód słońca i obserwuję ptaki. Poza tym i tak nie mogę spać, więc codziennie poświęcam dwie, czasem trzy godzinki na kontemplowanie piękna naszej mazurskiej przyrody.

     Komisarz obrzucił Waldka nieco zdziwionym spojrzeniem, poprawił kołnierz czarnej, skórzanej kurtki i wrócił do rozmowy.

     – Więc wczoraj też pan kontemplował to piękno. A czy w czasie, gdy obserwował pan zwierzęta, nie widział pan przypadkiem jakichś ludzi? Choćby jednego obcego człowieka. Albo nie usłyszał pan czegoś dziwnego?

     – Niestety, panie komisarzu, nie przypominam sobie niczego niezwykłego. Odkąd tak sobie spaceruję, podziwiając wschód słońca, a będzie to już kilka miesięcy, nie spotkałem tu żadnego człowieka. Ludzie ze wsi o tej porze, to się dopiero na drugi bok przewracają, a obcy się tu nie zapuszczają, nawet wędkarze. To dzikie jezioro, zarośnięte trzcinami i mało dostępne.

     – Więc, w zasadzie, niewiele może pan nam pomóc. Gdyby jednak coś się panu przypomniało, proszę do mnie zadzwonić – wręczył Waldkowi wizytówkę. – A teraz może pan już iść.

     – To twoje? – powiedział ten drugi, podając Waldkowi niepełną butelkę. Mrugnął do niego jednym okiem i dodał:

     – Idź już. Jak coś, to dzwoń.

     Wszyscy trzej odeszli do sedana. Po chwili samochód odjechał w stronę zaparkowanych dalej radiowozów. Waldek wolnym krokiem ruszył asfaltem w stronę wsi.

 ***

     Dotarłszy do wsi, Waldek spojrzał w niebo i po pozycji słońca ocenił, że musi być już około siódmej, a na pewno po szóstej. Ponieważ ćwiarteczka hieronimusowej okowitki skończyła się z kilometr przed Świnioryjami, Waldkowi zdążyło zaschnąć w gardle na tyle, że postanowił odwiedzić sklep Gminnej Spółdzielni. Na szczęście Maźniakowej dziś nie pokręciło żadne lumbago i otworzyła o czasie. Z zakupioną buteleczką udał się na tyły sklepu i usiadł na rampie. Zapalił papierosa i zaczął zastanawiać się nad tym, co mu się dzisiaj przydarzyło. Po jakichś dziesięciu minutach za sklep zajechał na swojej rozklekotanej Ukrainie Edek Piskorz.

     – Cześć Waldek – przywitał się, ściskając waldkową prawicę.

     – Wujka Mundka nie widziałeś?

     – Nie, ale myślę, że zaraz tu będzie, po świeże bułeczki dla Gertrudy i mleczko do kawy.

     – Taa… Ciocia Gertruda to sobie potrafi chłopa okręcić wokół palca. Co?… A słyszałeś, co się porobiło? – zagaił Edek. – Rano mnie psiarnia z łóżka ściągła. Myślałem, że chodzi o jakichś kłusowników albo znowu się kto utopił, a tu kryminalna z powiatu. Dochodzenie jakieś prowadzą. Szukają jakiejś zaginionej dziewczyny z Gnijewa. Podobno widziano ją po raz ostatni w tej okolicy. A że jestem komendantem straży rybackiej, to przyszli mnie wypytać, czy nic nie wiem w tej sprawie. Chciałem się z wujkiem rozmówić, żeby nie kłusował teraz na jeziorze, bo na pewno będą tam jeszcze jakiś czas węszyć. 

     Waldek wyciągnął zza pazuchy butelkę i gestem zaproponował Edkowi jednego, ale ten stanowczo odmówił.

     – Teraz nie mogę, muszę jeszcze jechać do Gnijewa, a na drodze masa psiarni się kręci. Jakbyś wujka zobaczył, to mu powiedz, żeby uważał. I na razie niech lepiej da sobie spokój z rybami. To nara, cześć. – Wsiadł na rower i z rytmicznym zgrzytem i popiskiwaniem łańcucha odjechał w stronę domu.

     Waldek został sam. Za sklepem panowała cisza, jak makiem zasiał. Tylko co jakiś czas słyszał trzaskanie sklepowych drzwi. Klientów nie było widocznie zbyt wielu. Od kiedy w Gnijewie otwarto supermarket, obroty Mażniakowej wyraźnie spadły. Odległość do Gnijewa wynosiła zaledwie dwanaście kilometrów, a w czasach, gdy prawie każdy posiadał jakiś środek lokomocji, to nie było wiele. Market kusił promocjami w kolorowych gazetkach, które Waldek prawie codziennie znajdował między sztachetami swojej furtki. Na szczęście drukowali je na tanim papierze, który dość dobrze się palił. Na podpałkę jak znalazł. Mały, GS-owski sklep nie miał szans konkurować z marketem. Ani z różnorodnością oferty, ani tym bardziej z cenami. Ale póki co, interes jakoś się kręcił. Po piwo czy flaszeczkę nikt przecież nie będzie zasuwał do Gnijewa. Siedząc tak i rozmyślając, Waldek przypomniał sobie o zakupionej butelczynie. W markecie pewnie dałby za nią jakieś trzy złote mniej. „Co tam trzy złote, przynajmniej wspieram lokalny biznes” – pomyślał. Zza winkla wyłonił się właśnie Mundek z foliową torbą pełną zakupów, uwieszoną na ręce, w której trzymał już otwartą butelkę regionalnego piwa Złoty Bachus.

     – Cześć Wala, chcesz piwko? – zapytał Mundek.

     – Nie Waśka, dzięki. Mam coś mocniejszego. Napijesz się?

     Mundek, jakby przez chwilę się wahał, ale w końcu przystał na kuszącą propozycję.

     – A, jednego nie zaszkodzi. Daj. – I wyciągnął rękę w stronę Waldka. Ten podał mu butelkę.

     – Jeszcze nieruszana. Ty co, nie pijesz? – zdziwił się Mundek.

     – Jakoś tak przeszła mi ochota. Chyba wezmę sobie oranżadę.

     Mundek zrobił wielkie oczy i spytał:

     – Czyś ty Wala czasem nie jest chory?

     – Nie, wszystko w porządku Waśka. A widzisz, bym zapomniał. Był tu ten twój chrześniak, Edek, i prosił, bym ci przekazał, że nad jeziorem kręcą się gliny i żebyś lepiej się teraz na ryby nie wybierał.

     – A co, utopił się kto?

     – Nie, podobno powiatowa poszukuje jakiejś dziewczyny z Gnijewa, która zaginęła wczoraj czy przedwczoraj, a tu ją ostatnio widziano. Mnie też dzisiaj rano policja wypytywała, czy nic dziwnego nie widziałem.

     – No i co im powiedziałeś? Przecież ty bez przerwy widzisz i słyszysz coś dziwnego.

     Mundek, z szerokim uśmiechem na ustach, oddał butelkę Waldkowi.

     – Wiesz co, ty to się tylko ze mnie nabijasz – zauważył z żalem w głosie Waldek.

     – Nie nabijam się, Wala. Co ty? Ja tylko mówię, że jeśli oni nie mogą znaleźć tej dziewczyny, to…

     – Wiedziałem, że się ze mnie nabijasz.

     – Coś ty Wala. Mówię poważnie. Przecież portfel listonosza znalazłeś od razu.

     – Przestań. Portfel Malinoskiego to inna sprawa – upierał się
przy swoim Waldek

     – Jak inna? Przecież nikt nie wiedział, gdzie może być, nawet Malinoski. A jednak go znalazłeś. I to w takim miejscu, w którym nikt się go nie spodziewał.

     – Mówię ci Waśka, że to nie to samo. Co innego znaleźć portfel między skrzynkami piwa u Maźniakowej, a odszukać zaginioną osobę. To zupełnie coś innego. Zresztą tą sprawą zajmuje się policja i na pewno ją znajdą.

     – Widzisz Wala, mnie się jednak wydaje, że mógłbyś im pomóc. Ja w ciebie wierzę, ale to twoja sprawa, co zrobisz… Kurczę, już ta godzina? – Mundek zerknął na zegarek. – Muszę spadać. Gertruda zaraz wstanie, a tu ani Mundzia, ani bułeczek. Na razie. Potem do ciebie wpadnę.

     Waldek usiadł z powrotem na rampie i zapalił następnego papierosa. Z kieszeni kufajki, która wisiała na klamce drzwi od sklepowego zaplecza, wyjął buteleczkę czystej, tylko lekko naruszonej przez Waśkę, i pociągnął z niej niewielki łyk.

     – Łe! Pali suka! – powiedział do siebie i z obrzydzeniem splunął pod nogi. „Chyba naprawdę kupię sobie oranżadę, jakoś gorzałka mi dzisiaj nie wchodzi” – pomyślał.

     I jak pomyślał, tak zrobił. Wypił duszkiem całą butelkę czerwonej oranżady i oddał pustą flaszkę Maźniakowej. Potem poszedł do domu z zamiarem ucięcia sobie drzemki, bo poczuł się dziwnie zmęczony.

 ***

     Zbudził się zlany potem i zdyszany jak zagoniony kundel. Nie miał pojęcia, która była godzina, ani jak długo spał. Dyszał. Odruchowo sięgnął po butelkę, którą przed zaśnięciem postawił na podłodze obok łóżka. Podniósł ją na wysokość wzroku, popatrzył i odstawił z powrotem w to samo miejsce. Usiadł na łóżku i trzymając głowę w dłoniach, zaczął się bujać to w przód, to w tył, z coraz większą amplitudą. Nagle zerwał się na równe nogi, wzuł gumofilce i wyszedł pospiesznie z domu. Po kilku minutach stał już na progu domu Mundka Waśki i zapamiętale wduszał paluchem przycisk dzwonka. Puścił dopiero, gdy zza drzwi usłyszał głos Waśki.

     – Co jest, kurna, pali się, czy ki czort?

     Drzwi się otworzyły, stał w nich Waśka i już otwierał usta, gdy Waldek krzyknął:

     – Dawaj telefon!

     Dyszał, był czerwony na twarzy i zlany potem. Włosy miał mokre, jakby właśnie wylazł spod prysznica, którego, notabene, nie miał. Mundek, widząc kumpla w takim stanie, nie pytał o nic, tylko sięgnął do kieszeni po komórkę.

     – Dobra, masz – wyciągnął rękę z telefonem w jego kierunku.

     – Nie. Lepiej ty zadzwoń!

     – Gdzie?

     – Pod ten numer. – To mówiąc, wręczył Mundkowi wizytówkę.

     "Komisarz Maciej Smutkowski. Komenda Powiatowa Policji
w Kiczewie. Wydział zabójstw" – głosił napis na wizytówce. A pod spodem znajdował się numer telefonu.

     – Wiem, gdzie ona jest! – kontynuował Waldek. – On ją zgwałci i zabije, musimy się spieszyć.

     Mundek stał na progu z wizytówką w jednej i telefonem w drugiej ręce. Przyglądał się z otwartymi ustami koledze i nie za bardzo wiedział, co zrobić.

     – No dzwoń, do cholery, pod ten numer i powiedz temu gościowi, że wiem, gdzie jest dziewczyna. Niech natychmiast przyjeżdża w to samo miejsce, w którym rano rozmawialiśmy, tam się spotkamy.

     Mundek wykręcił numer i po chwili usłyszał po drugiej stronie głos komisarza.

     – Smutkowski, słucham.

     – Dzień dobry, tu Edmund Waśka ze Świnioryj, dzwonię, bo mój kolega, Waldemar Paciaja, też ze Świnioryj, z którym pan rano rozmawiał, prosił, bym panu przekazał…

     – Dawaj! – Waldek wyrwał telefon koledze. – Jak najszybciej przyjeżdżajcie w to samo miejsce, co rano. Wiem, gdzie ona jest. Musimy się śpieszyć, bo grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Spotkamy się na drodze. 

     Rozłączył się i oddał telefon kumplowi.

     – A teraz, Waśka, bierz żelastwo i lecimy. Nie ma ani chwili do stracenia. 

     Mundek wszedł z powrotem do sieni, schylił się i podważył jedną z desek w podłodze. Wyjął spod niej jakieś niewielkie zawiniątko i odpakował. W środku był pistolet, który włożył do kieszeni. Wyszedł przed dom i powiedział do Waldka:

     – Dobra, Wala, dajemy, biegiem.

     Ruszyli na skróty przez pole i strumyk. Po jakichś dwudziestu minutach byli już na zakręcie powiatówki i jak tylko go pokonali, ujrzeli dwa radiowozy z migającymi niebieskimi światłami. Zziajani podbiegli do pierwszego z nich. Waldek, ledwo łapiąc oddech, wydukał do siedzącego wewnątrz komisarza:

     – Zostawcie tu samochody. Tam się nie dojedzie. Musimy biec przez łąkę – mówił z trudem, łapczywie chwytając powietrze. 

     Od trzydziestu kilku lat nie przebiegł takiego odcinka, i to w takim tempie. W sumie to się dziwił, że w ogóle jeszcze oddycha. 

     – Ona jest w tym starym bunkrze pod linią wysokiego napięcia, zaraz za rzeczką. To jakiś kilometr w linii prostej. Jak wdrapiemy się na górkę, to będzie go widać.

     – Skąd pan to wie? – odezwał się trochę zaskoczony komisarz.

     – Później panu wszystko wyjaśnię. Teraz biegnijmy, bo on tu wróci i ją zabije.

     Wszyscy ruszyli biegiem za Waldkiem. Komisarz, czterech policjantów w mundurach, na końcu Waśka, który zaciskał dłoń na rękojeści gnata w kieszeni kurtki.

***

     Do środka weszli najpierw dwaj mundurowi. Jeden z nich coś krzyknął i wtedy ruszył im na pomoc trzeci. Komisarz stał przed wejściem, a Waldek i Mundek, razem z czwartym gliniarzem, obserwowali wszystko z odległości jakichś dwudziestu metrów. Po chwili w betonowych odrzwiach pojawili się funkcjonariusze, prowadząc słaniającą się na nogach, dygoczącą ze strachu i zimna, młodą, może siedemnastoletnią dziewczynę.

     – Zawieźcie ją szybko do Gnijewa, do ośrodka zdrowia. Niech lekarz ją obejrzy. I zawiadomcie od razu jej rodziców – komisarz
wydał polecenia mundurowym i w czasie, kiedy dwóch policjantów prowadziło wycieńczoną dziewczynę w stronę szosy, podszedł do pozostałych mężczyzn.

 – Panowie. Nie wiem jak mam wam dziękować. Wykazaliście się wzorową obywatelską postawą. Być może uratowaliście tej dziewczynie życie. Ale przypuszczam, że nie ja wam będę najbardziej dziękował. A teraz chodźmy, kazałem wezwać tu kilku policjantów w cywilu. Będą obserwować to miejsce. Jak tylko sprawca się pojawi, zatrzymają go. Teraz musimy pogadać w jakimś spokojnym miejscu. Zapraszam do siebie.

     Ruszyli w stronę drogi i po dłuższej chwili stali już na szosie przy radiowozie. Zgasili pety i wsiedli do samochodu. Wnętrze pachniało jeszcze nowością. Kierowca nawrócił, po czym ruszyli w kierunku Kiczewa.

     W Kiczewie udali się od razu na komendę. Budynek był okazały, z metalu i szkła, jak w jakimś Nowym Jorku, może tylko w mniejszej skali. W każdym razie komisarz przyjął ich w swoim gabinecie. Sekretarka spytała, czego się napiją. Mundek już miał odpowiedzieć, że czystej, ale ugryzł się w język i jak zaproponowała kawę, to ochoczo się zgodził. Tylko Waldek poprosił o oranżadę. Komisarz rozsiadł się wygodnie za biurkiem i wskazał im kanapę stojącą pod ścianą przy kawowym stoliczku. Wnętrze gabinetu urządzono w stylu minimalistycznym, ale sprawiało wrażenie schludnego i widnego, dzięki dużemu oknu, w którym nie było żadnych zasłon czy firanek, jedynie żaluzje z oksydowanej blachy. Oprócz biurka, kanapy i stolika, znajdowała się tu jeszcze szafa na dokumenty i dwa krzesła. Na obszernym parapecie okna stała paprotka, a obok sterta jakichś papierów, prawdopodobnie bardzo tajnych. Po chwili sekretarka przyniosła na tacy dwie kawy i butelkę oranżady (czerwonej) oraz szklaneczkę. Komisarz zgarnął ręką papiery na brzeg biurka i podziękował pani Joasi. W końcu zwrócił się do gości.

     – A teraz musicie panowie zaspokoić moją ciekawość. Skąd wiedzieliście, że dziewczyna jest w tym bunkrze?

     – Ja to nic nie wiedziałem – odezwał się Mundek. – To Wala kazał mi zadzwonić pod ten numer z wizytówki. Więc zadzwoniłem i tyle.

     – No dobrze. To w takim razie… Panie Waldku. Skąd pan to wiedział?

     Waldek odstawił na stolik pustą butelkę po oranżadzie.

     – Tak naprawdę, jak panu powiem, to i tak mi pan nie uwierzy. Ale niech tam, i tak już wszyscy we wsi o mnie gadają, to niech i w powiecie się pośmieją. Widzi pan, panie komisarzu… – zaczął Waldek, nabierając do płuc więcej powietrza, niż było mu trzeba.

     – Już od jakiegoś czasu miewam sny. – Popatrzył badawczym wzrokiem na komisarza, ale ten siedział niewzruszony i słuchał w skupieniu. – Takie sny, które się spełniają. Różnie to bywało, nieraz dosłownie, nieraz mniej dosłownie, ale to już kwestia interpretacji. Otóż wróciwszy do domu, jeszcze przed południem poczułem się zmęczony, nieraz mi się to zdarza, i postanowiłem się trochę zdrzemnąć. Głowę miałem nabitą tym, co powiedział mi Edek Piskorz, no i naszą rozmową na drodze, z samego rana, kiedy to chciał mnie pan zastrzelić. A więc położyłem się i od razu zasnąłem. Wkrótce spłynął na mnie sen. W tym śnie znajdowałem się w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Było wilgotno i w powietrzu unosił się zapach uryny. W pewnym momencie poczułem czyjąś obecność. Co prawda nic nie widziałem, ale byłem pewien, że ktoś oprócz mnie tu jest. Przypomniałem sobie, że mam w kieszeni zapalniczkę. Zapaliłem więc ją i w świetle płomyka dostrzegłem jej twarz. Była zakneblowana, widziałem rozcięty łuk brwiowy. Już nie krwawił. Połowę twarzy miała w zaschniętej krwi. Ale przede wszystkim była przerażona. Jej oczy zdawały się olbrzymie i wołały do mnie: „Ratuj!” Wtedy się przeraziłem. Wybiegłem z bunkra, bo okazało się, że to ciemne pomieszczenie było wnętrzem starego poniemieckiego bunkra, który od czasów wojny stoi na łące Panewki. Sam Panewka próbował go kiedyś rozwalić, ale mu się nie udało. Nawet energetycy, jak budowali tę linię wysokiego napięcia, to tak słupy ustawili, żeby go ominąć, bo się cholery za nic ruszyć nie dało, taki beton. Poniemiecki. Wyszedłem więc na zewnątrz i widziałem, jak od strony drogi ktoś biegnie. Uciekłem ze strachu w pobliskie krzaki. Ale tam się zatrzymałem i zacząłem go obserwować. Mężczyzna rozejrzał się dookoła i wszedł do środka. Widocznie mnie nie zauważył. Usłyszałem stłumione krzyki dziewczyny i nie wytrzymałem. Ruszyłem z powrotem. Niebo już pociemniało, musiał zbliżać się wieczór. Zakradłem się po cichu pod wejście do bunkra. Dziewczyna jęczała rytmicznie, a potem całkiem umilkła. Gdy wszedłem do środka, on zapinał spodnie, stojąc z latarką w zębach nad pokrwawionym, nieruchomym, półnagim ciałem. Odwrócił się gwałtownie, oślepiając mnie latarką. Poczułem palący ból w piersi i zobaczyłem w jego ręce zakrwawiony
nóż. Wtedy się obudziłem.

     Waldek skończył opowiadanie i spojrzał kolejno na komisarza i na swego najlepszego kumpla. Obaj siedzieli z otwartymi ustami i gapili się na niego nieobecnym spojrzeniem szklanych oczu. Pierwszy odezwał się komisarz, Mundek tylko zamknął usta.

     – Pan naprawdę nie żartuje? – powoli, wyraźnie wypowiadał słowa. – A może robi pan sobie ze mnie jaja?

     Waldek przełknął ślinę i nieśmiało odpowiedział:

     – Wiedziałem, że mi pan nie uwierzy.

     – Sam nie wiem, co o tym myśleć. Nie ma wątpliwości, że swą postawą i szybką reakcją uratował pan dziewczynie życie, ale z drugiej strony, pańska historia jest niewiarygodna. Nie mogę napisać w raporcie, że zawiadomił nas człowiek, któremu wszystko to się przyśniło. Bo wezmą mnie za wariata.

     – A jak do tej pory, to wariatem jestem ja. Tak? – zdenerwował się Waldek. – Jeśli chce pan dowodów, mogę opisać panu tego faceta, może nie dokładnie, bo widziałem go tylko przez chwilę. Mimo to wiem, że miał okrągłą twarz, perkaty nos i odstające uszy oraz krótkie, ciemne włosy. I jeszcze jeden szczegół, który dostrzegłem w ostatniej chwili. On nie miał środkowego palca u prawej dłoni, jestem tego pewny. Widziałem to, jak na jawie i nigdy tego nie zapomnę. Trzymał zakrwawiony nóż w dłoni pozbawionej środkowego palca. Jak go złapiecie, będzie pan mógł to sprawdzić. W tym momencie zadzwonił telefon.

     – Smutkowski, słucham – odebrał połączenie policjant. – Kiedy?… Gdzie teraz jest?… Zaraz tam będę… A, jeszcze jedno, powiedzcie mi, czy ma wszystkie palce u prawej dłoni.

     Przez chwilę milczał, potem się rozłączył. Waldek wyprostował się na kanapie i z dumą popatrzył mu w oczy. Komisarz pożegnał sięz nimi służbowo i polecił pani Joasi załatwić jakiś transport. To znaczy, by jakiś wolny radiowóz podrzucił świadków z powrotem do Świnioryjów.

     Pani Joasia wykazała się profesjonalizmem, bo już po pięciu minutach siedzieli wygodnie w radiowozie i wyjeżdżali z miasta w kierunku wsi.

     – Wala – odezwał się wreszcie Mundek – czy ty myślisz, że on ci uwierzył?

     – Ręczę ci Waśka, że nie miał innego wyjścia…

I BUILT MY SITE FOR FREE USING